Rejs przez życie - część 2

Zgodnie z zapowiedzią, drugą część moich rozważań „żeglarsko – życiowych” dedykuję takim chwilom w czasie rejsu, w których cichnie wiatr. Jego podmuchy są tak delikatne, że nie widać, aby miały specjalny wpływ na żagle, które beznamiętnie wiszą na maszcie. A czasem cichnie całkowicie, dosłownie zamiera. To stan, którego żeglarze często boją się bardziej niż silnego wiatru czy też burzy. Nie można płynąć, działać, realizować planu, podążać w obranym kierunku i zawinąć do upragnionego portu.

Trudno przewidzieć jak długo może utrzymać się bezwietrzna pogoda, a załoga jachtu różnie reaguje na tą sytuację. Początkowo nastrój bywa dobry, słychać śmiechy, nawoływanie i zaklinanie wiatru, przyglądanie się innym jachtom, poszukiwanie oznak ruchu powietrza na wodzie i lądzie. Wraz z upływem czasu sytuacja może robić się bardziej nieznośna i męcząca. Pojawia się nuda, bezsilność, frustracja czy też złość. Miała być  wesoła przygoda, codzienne przemieszczanie się, kolejne porty, pokonywanie dystansu, taniec z wiatrem, a tu … cisza. Atmosfera może stać się bardzo napięta, a rozładowanie nastąpić w formie mniejszej lub większej burzy na pokładzie, pomimo otaczającego spokoju.

Najczęściej im większe nastawienie na cel, konkretne osiągnięcia i wyniki, tym większe prawdopodobieństwo, że brak wiatru wywoła  negatywne emocje.

Żeglowanie przy bezwietrznej pogodzie przypomina stagnację, okres w życiu kiedy mamy wrażenie, że nic się nie dzieje, nic nie posuwa do przodu. Tkwimy w jakimś punkcie i nie widzimy na horyzoncie żadnego rozwiązania, żadnej możliwości aby coś zmienić. Czujemy się jak schwytane w pułapkę, uwięzione. Może to być praca, w której się męczymy, ale nie wierzymy, że możemy wykonywać inną. Albo trwamy w związku, w którym stygną uczucia i towarzyszy nam poczucie, że nie czekają nas już żadne uniesienia. Czy też stoimy w obliczu jakiejś ważnej decyzji, której nie potrafimy podjąć, znaleźć dobrego rozwiązania i tkwimy w impasie.

Bezwietrzna pogoda może też wyrażać brak poczucia kierunku, celu lub marzeń, które chcemy spełniać. Odzwierciedla wewnętrzną pustkę, stagnację, marazm. Funkcjonujemy z dnia na dzień, wykonując rutynowe czynności, „żyjąc – nie żyjąc”. Niby wszystko jest normalnie, pozornie coś się dzieje, podejmujemy jakieś działania, ale … „żagle smętnie wiszą” i czekają na powiew wiatru, impuls z zewnątrz, jakieś wydarzenie, okazję, która wyrwie nas z letargu i znów ruszymy do przodu.

Chyba każda z nas przynajmniej raz w życiu doświadczyła takiego stanu niemocy, braku wpływu, niemożności działania. Sytuacji, kiedy nie wiemy co chcemy robić, dokąd zmierzać, kim się stać, z kim być…

Co w takiej sytuacji można zrobić? Jak wykorzystać ten specyficzny czas?

Kluczowa może okazać się akceptacja. Nie ma wiatru i nie mamy na to żadnego wpływu. Nie jesteśmy w stanie kontrolować jego obecności, siły, ani kierunku w którym wieje. Złość, żal, smutek, obwinianie czy inne emocje nie mają takiej magicznej mocy, żeby wywołać wiatr i pchnąć jacht do przodu. Za to pochłaniają mnóstwo energii, odbierają siły, które będą potrzebne gdy pogoda się zmieni i będzie można kontynuować rejs. Nie należy mylić akceptacji z biernością czy też rezygnacją z działań. Oznacza ona brak oporu wobec sytuacji i zdarzeń, które przychodzą z zewnątrz i są poza naszą strefą wpływu. Poddajemy się im, bo są niezależne od naszej woli. Po prostu są. To, na co zawsze i wszędzie mamy wpływ, to własna reakcja na wydarzenia. Akceptacja pozwala nam świadomie wybrać sposób w jaki odbierzemy całą sytuację i działania, które możemy podjąć w jej obliczu. Odbywa się to bez utraty energii, natłoku negatywnych emocji czy też natrętnych, nic nie wnoszących myśli.

Brak wiatru zmusza nas do zatrzymania się. W tym zatrzymaniu mamy szansę dostrzec to, czego nie widzimy na co dzień, co umyka naszym oczom, gdyż krajobraz zmienia się zbyt szybko i pochłaniają nas wszystkie czynności pozwalające utrzymać kurs, działać i płynąć. To czas, w którym możemy zbliżyć się do siebie. Zajrzeć do swojego wnętrza, przypomnieć sobie co jest dla nas ważne, jakimi wartościami chcemy się kierować. Mamy okazję wsłuchać się w siebie, w swoje marzenia, pragnienia, może dotknąć jakiejś niezagojonej rany i zająć się nią. Ale też dotrzeć do źródła własnej mocy, zasobów, inspiracji i kreatywności. Warto zaopiekować się sobą, zadbać o swój dobrostan fizyczny i psychiczny. Odpocząć, „nakarmić się” tym, co nam daje energię aby w pełni sił, z jasnym umysłem i otwartym sercem stworzyć plan działania. I podjąć pierwszy krok, gdy tylko poczujemy podmuch wiatru, wzywający do kontynuacji rejsu.

Podobnie żeglarze „uwięzieni” na jachcie mogą poddać się tej chwili i nastroić się do panującego dookoła spokoju. Wykorzystać ten czas na coś przyjemnego - orzeźwiającą i radosną kąpiel, posiłek na środku jeziora, grę na gitarze i śpiew, lekturę czy po prostu zanurzenie się w tej ciszy, zatrzymanie wzroku na otaczającej zieleni i błękicie, trwanie w błogim „nic nierobieniu” (cytując Kubusia Puchatka). Zamiast nerwów lub zmęczenia pojawi się regenerujący siły stan wewnętrznego spokoju i radość. A gdy wiatr dmuchnie w żagle, będzie można z nową energią i ochotą podjąć z nim przerwany na chwilę taniec.

Dzisiaj chyba już wszystkie jachty są wyposażone w silnik, który stanowi awaryjny lub dodatkowy napęd, przydatny między innymi w sytuacji gdy nie ma wiatru. „Zrzuca się wtedy żagle” i przepływa jakiś odcinek „na silniku”, co nasuwa na myśl korzystanie z pomocy. To odzwierciedlenie wsparcia z zewnątrz, potrzebnego w razie trudnych sytuacji, kiedy sami nie możemy sobie poradzić.  Możemy je uzyskać od bliskiej osoby czy też coacha lub terapeuty. Czasami pomocne może okazać się zasłyszane przypadkowo zdanie od znanej lub obcej osoby, tekst piosenki, a nawet slogan reklamowy, który coś w nas poruszy, zmieni tory myślenia i pchnie do przodu.

Jednak niektóre mazurskie jeziora są objęte częściową lub całkowitą strefą ciszy, która oznacza zakaz używania silników. Żeglarze są wtedy zdani tylko na siebie, swoje umiejętności i decyzje. Mogą przeczekać ciszę lub z pomocą pagajów (wiosła, które są na wyposażeniu jachtu) dzięki własnemu wysiłkowi i wytrwałości mozolnie i powoli poruszać się do przodu. Czasami załoga wręcz unika wpływania na te akweny z obawy przed wymuszoną przerwą spowodowaną przez brak wiatru.

Podobnie w życiu, pojawiają się sytuacje kiedy czujemy się samotne, musimy sobie radzić samodzielnie, bez niczyjego wsparcia. Zdarza się też, że mniej lub bardziej świadomie unikamy pewnych miejsc lub doświadczeń, w których możemy czuć się zdane tylko na siebie. Analogicznie do żeglowania, to okazja do uczenia się i praktykowania nie tylko akceptacji,  ale też wzmacniania kontaktu ze sobą i odnajdywania źródła własnej mocy. Sprzyjają one budowaniu zaufania do siebie i poczucia sprawczości. Pomagają podjąć najlepsze działania przy pierwszym pojawiającym się wietrze lub też sięgnąć po pagaje, czyli włożyć wysiłek w wyrwanie się ze stagnacji.

A jak Ty się zachowujesz przy „bezwietrznej pogodzie”?

Czy masz poczucie, że znalazłaś się w pułapce bez wyjścia czy dostrzegasz w tym szansę na zyskanie innej perspektywy?

Użalasz się nad sobą, wyrażasz złość, szukasz winnych czy też podejmujesz samodzielne działania lub prosisz o pomoc?

Wkrótce pojawi się kolejny odcinek moich żeglarskich refleksji, w którym będzie bardziej energetycznie i dramatycznie – zajmę się burzą i sztormem 😉

zdjęcie własne

Rejs przez życie – część 1

W tym roku po raz pierwszy od wielu lat spędziliśmy z mężem tydzień wakacji żeglując po mazurskich jeziorach. Inicjatorem wyprawy był mój mąż, który jest zafascynowany tą aktywnością od najmłodszych lat. Ja jestem tak zwanym „szczurem lądowym”, lepiej czuję się na stałym lądzie, a na jachcie pełnię funkcję … majtka pokładowego 😉, pełnego podziwu dla umiejętności kapitana 😊

Ku mojemu zaskoczeniu ten rejs był wyjątkowy. Nigdy tak dobrze nie czułam się na wodzie i w wodzie. Mazurskie krajobrazy działały kojąco, podobnie jak plusk wody, łopot żagli i melodia wygrywana przez wiatr na wantach. Jak gąbka chłonęłam ciepły dotyk promieni słońca i delikatne muskanie przyjemnie grzejącego lub chłodzącego wiatru. Choć zdarzało się, że był on zimny i przenikliwy, przeszywał całe ciało na wskroś i musiałam się przed nim chronić.

Przypominałam sobie i uczyłam się od nowa specyficznego rytmu panującego na łodzi i  czynności wykonywanych przez załogę. Do głosu doszła moja filozoficzna natura i dostrzegłam, że żeglowanie jest doskonałą metaforą życia. W niniejszym wpisie, chcę się podzielić moimi przemyśleniami.

Wydaje się, że sensem rejsu jest dotarcie do jakiegoś określonego celu, czyli portu. Ale w rzeczywistości, to żeglowanie samo w sobie jest źródłem radości i satysfakcji. Bardziej liczy się podążanie w określonym kierunku oraz wykorzystywanie i szlifowanie swoich umiejętności, niż cel sam w sobie. Przybicie do portu daje satysfakcję, pozwala odpocząć, nabrać sił i … wziąć prysznic 😉 Wieczór to często czas podsumowań i opowieści o tym jak minął dzień, jaki był wiatr, jakie pojawiły się trudności, z czym udało nam się uporać i czego nauczyć, co dało największą frajdę, a czego wolimy już nie powtarzać. To też moment snucia planów na kolejny dzień wyprawy.

Podobnie jest w życiu. Dotarcie do wymarzonego celu, którym może być jakaś praca, kupno domu, związek, ukończenie nauki, rozwój w jakiejś dziedzinie czy też inny, jest tylko zwieńczeniem, momentem podsumowania, a największa przyjemność płynie z samego dążenia do jego osiągnięcia. Można się wtedy cieszyć efektami i pójść dalej, kontynuując wybraną drogę lub zmienić jej kierunek. W przeciwnym wypadku, cel  przynosi krótkotrwałą radość, a za chwilę pojawia się pustka i potrzeba poszukiwania kolejnego wyzwania, konieczność zdobycia następnego osiągnięcia.

Ciesz się żeglowaniem – codziennym życiem.

Bądź wdzięczna i celebruj każdy dzień ze wszystkimi najdrobniejszymi rzeczami, jakie niesie.

Wtedy przybicie do portu – osiągnięcie celu da Ci prawdziwą satysfakcję, a po niej nie nadejdzie uczucie pustki.

Siłą napędową jachtu są żagle, najczęściej grot i fok, które reagują na podmuchy wiatru i dzięki temu wprawiają łódź w ruch. Symbolizują one nasze pragnienia i marzenia. Z kolei wiatr można potraktować jako odzwierciedlenie okazji i możliwości oraz utrudnień i blokad, które pojawiają się na drodze do ich spełnienia. Mogą to być zarówno osoby, które nam towarzyszą, jak i wydarzenia, na które każda z nas reaguje w indywidulany sposób. Z reguły cieszymy się, gdy okoliczności nam sprzyjają, ale już mniej łaskawym okiem patrzymy na trudności, dostrzegając w nich przeszkody, czasem nie do pokonania, zamiast szanse na rozwój i odkrywanie własnej mocy.

Gdy łódź płynie z wiatrem, prawie nie odczuwa się jego działania. Jest ciepło, nie ma przechyłu, woda lekko chlupocze i nie trzeba wykonywać zbyt wielu czynności aby utrzymać jacht na kursie. Łatwo i szybko można dotrzeć do celu, płynąc niemalże „prostą drogą" wiodącą do niego.

Z kolei rejs pod wiatr sprawia, że pokonywanie dystansu jest wolniejsze. Trzeba płynąć tzw. halsami, czyli pokonywać „skosami” krótsze odcinki wyznaczone przez zwroty. Pokonywany szlak przypomina zygzak. Im jest ciaśniejszy tym podróż jest dłuższa i mamy poczucie, że płyniemy, płyniemy,… a okolica niewiele się zmienia i tkwimy prawie w tym samym miejscu.

Przemieszczanie się pod wiatr oznacza, że jego podmuchy są bardziej odczuwalne, a czasami naprawdę nieprzyjemne. Wiąże się też z dużymi przechyłami jachtu, które mogą rodzić dyskomfort, poczucie braku stabilizacji, kontroli, a nawet zagrożenia (choć dla wytrawnych żeglarzy, to często prawdziwa uczta 😉). Gdy wiatr jest zbyt silny, czasami trzeba refować żagle, czyli zmniejszyć ich powierzchnię lub zwinąć jeden z nich, aby podróż  była bezpieczna. Wskazana jest duża uważność i kontrola pracy żagli, zarówno gdy płyniemy z wiatrem, jak i pod wiatr. Należy „ostrzyć i odpadać”, aby jak najmniej halsować i efektywnie „zdobywać wysokość” lub nie dopuścić do niekontrolowanego zwrotu, który może mieć nieprzyjemne konsekwencje. 

Uważność i obecność są kluczowe zarówno w życiu, jak i dla  udanego rejsu.

Podsumowując, w żargonie żeglarskim mówi się, że wiatr wieje w plecy lub w twarz. Ten pierwszy jest wspierający, choć brak uważności niesie ryzyko „niekontrolowanej rufy”, a drugi przynosi więcej wyzwań i tym samym, wymaga dużej obecności, wiedzy i intuicji, aby wykorzystać jego siłę do osiągnięcia własnego celu, utrzymania obranego kursu i wytrwałego dążenia do portu. To szczególnie trudne, gdy trzeba zrefować lub zwinąć żagle – nasze plany i marzenia. Może pojawić się poczucie, że okoliczności zewnętrzne zmuszają nas do rezygnacji z siebie,  z czegoś dla nas ważnego.

Płynięcie z wiatrem jest bardzo relaksujące i przyjemne, ale czasami tracimy czujność, wpadamy w błogie lenistwo i nie zauważamy niebezpieczeństwa, które wyrywa nas z przyjemnego stanu. Żeglowanie pod wiatr wydaje się bardziej kłopotliwe, ale daje też dużo satysfakcji, gdy pomimo trudności udaje się „złapać dobry hals” i ostro pójść do przodu. Przynosi też dużo okazji do szlifowania umiejętności żeglarskich, uczenia się jak wykorzystywać pojawiające się podmuchy – okazje i wyzwania do własnego rozwoju oraz spełniania marzeń. Mimo, że jest ciężko, cel zostaje osiągnięty i dodatkowo pojawia się poczucie sprawczości,  świadomość własnej mocy ale też barier, które zostały pokonane lub zepchnęły nas z kursu.

Żeglowanie i radzenie sobie z wiatrem przypomina naszą codzienność. Są dni lub momenty, kiedy mamy wrażenie, że wszystko układa się po naszej myśli, płyniemy lekko z prądem, cieszymy się mniejszymi i większymi sukcesami. Życie toczy się gładko i szczęśliwie. Pragniemy, aby ten stan trwał wiecznie. Ale wiatry mają to do siebie, że zmieniają się, czasami nawet w ciągu kilku godzin. Zdarza się, że znikąd pojawia się niebezpieczny szkwał.

Istotne jest zachowanie świadomości, w szczególności siebie i swoich reakcji oraz zajęcie się tym na co mamy wpływ, a więc wykorzystaniem własnej wiedzy i umiejętności do sterowania jachtem, zamiast utyskiwania na zły wiatr i czynienie go winowajcą naszych niepowodzeń. Ważne, aby jak najczęściej zadawać sobie pytania i szukać odpowiedzi w sobie, a nie na zewnątrz:

Co ten wiatr – trudność dla mnie oznacza?

Jakie uruchamia schematy emocjonalne, myślowe i nawykowe?

Co  mogę zrobić, aby wykorzystać jego siłę do rozwoju i  realizacji swoich marzeń?

Pojawiające się schematy trochę przypominają halsy w żeglarstwie – mocno wpływają na  jakość i efektywność rejsu. Każdy zwrot wykonywany pod wiatr ma taki moment, w którym łódź niemal zatrzymuje się w miejscu i potrzebuje chwilę czasu, aby żagle ponownie wypełniły się wiatrem i pociągnęły łódź do przodu. Podobnie, myśli, przekonania, nawyki i emocje, które nas nie wspierają, potrafią zatrzymać w miejscu i wywołać poczucie złości, frustracji czy też bezradności. Nie warto się wtedy poddawać, ale dostrzec co nas blokuje i podjąć wysiłek nakierowany na zmianę postrzegania siebie i zdarzeń oraz korektę sposobu w jaki działamy, aby kolejne halsy były dłuższe i efektywniejsze.

Podobny moment bezsilności i bezradności może wystąpić wtedy, gdy wiatr zanika. Żagle smętnie wiszą, żaglówka stoi w miejscu i nie wiadomo co wtedy zrobić. Ale o tym, napiszę w następnym odcinku… Zachęcam do lektury 😊

W zdrowym ciele zdrowy duch czy w zdrowym duchu zdrowe ciało?

Moje osobiste doświadczenia i przemyślenia odnośnie ciała, ducha i zdrowia 😉

Najpierw było ciało i ruch

Już od wczesnego dzieciństwa słyszałam hasło „W zdrowym ciele zdrowy duch”, mające swe źródło w starożytności i brzmiące w oryginale „Mens sana in corpore sano”. Pamiętam jak w szkołach uczono nas, żeby troszczyć się o swoje zdrowie poprzez codzienny ruch i odpowiednie odżywianie. W czasach mojego dzieciństwa ruch oznaczał przede wszystkim poranną gimnastykę, najlepiej przed śniadaniem, jak to się mówi „na dobry początek dnia”. A na śniadanie była obowiązkowa szklanka mleka (wtedy jeszcze nie było pasteryzowane, ale świeże, codziennie rano  dostarczane przez mleczarza w szklanych butelkach pod drzwi domu. Do dziś pamiętam brzęk butelek wkradający się w sen 😉).

Oczywiście nie kończyło się na gimnastyce. Propagowano inne aktywności fizyczne – grę w piłkę, jazdę na rowerze, pływanie, bieganie, itp. Dużo się wtedy wszyscy ruszaliśmy, po lekcjach spotykaliśmy się na podwórku i spędzaliśmy aktywnie czas. Uczono nas także, aby zdrowo się odżywiać, czyli przede wszystkim jeść warzywa oraz owoce i oczywiście… unikać słodyczy. Przekaz, który wyniosłam z dzieciństwa - sport i odpowiednia dieta są gwarantem zdrowia fizycznego, psychicznego i emocjonalnego.

Jest nawet wierszyk, który o tym mówi:

"W zdrowym ciele zdrowy duch!
Ćwiczy co dzień mały zuch.

Chociaż lat niewiele ma,
już o zdrowie swoje dba.
Przed śniadaniem gimnastyka:
prawą, lewą nogą fika,
skłon i wyprost, przysiad, skok i przeciąga się jak kot. Z pleców swoich zrobi wnet
bardzo piękny koci grzbiet.
Ćwiczy, chociaż trud to wielki,
pompki, brzuszki i rowerki…

Tato patrzy:
– Ale zuch!
W zdrowym ciele zdrowy duch!
Ruszaj więc i ty, kolego.
Spacer, rolki

– nic trudnego.
Nie siedź w domu, nie narzekaj,
biegaj, pływaj, ćwicz
– nie zwlekaj!"

T. Błaszczyk

Z biegiem czasu popularne stawały się zupełnie inne dyscypliny sportu i aktywności, choć stare nie odeszły zupełnie do lamusa, ale zyskały świeższą formułę. Zagościła u nas joga, pilates czy też zumba. Zmieniło się podejście do odżywiania, Jesteśmy bardziej świadomi tego, co znajduje się na naszym talerzu, eliminujemy alergeny, produkty szkodliwe i obciążające, itp. Z drugiej strony, kilkadziesiąt lat temu pożywienie było bardziej „czyste”, pomidor rósł na słońcu i był dostępny tylko latem… Mamy też do dyspozycji pełen wachlarz przeróżnych, często przeciwstawnych diet, pochodzących z różnych krajów i kultur, nawet bardzo odległych, takich jak Ajurweda czy 5-elementową Tradycję Chińską. Jesteśmy mocno skoncentrowani na ciele, chociaż…

Pojawił się Duch

Największa dla mnie zmiana nastąpiła w momencie wejścia na ścieżkę rozwoju duchowego, gdzie duży nacisk położony jest na pracę z energią, umysłem i emocjami. Zetknęłam się min. z takimi pojęciami jak Mindfulness, zanurzenie w teraźniejszości,  świadome oddychanie, medytacje czy wizualizacje. Wiele głosów i autorytetów pokazywało, że ciało i ruch są drugorzędne, gdyż panuje nad nimi umysł, który z kolei podporządkowany jest Duchowi i to na nim należy się skoncentrować. Ruch przestał być kluczowym elementem dla utrzymania i zachowania zdrowia czy też ogólnego dobrostanu. Okazało się, że myśli i emocje mają nie mniejszy, a może nawet bardziej znaczący wpływ, dlatego warto skupić się na pracy docierającej do źródła, do podświadomości, tam gdzie rodzi się lęk i odwaga, gdzie znajduje się fundament systemu wartości, poczucia własnej tożsamości i przynależności, gdzie kształtuje się wizja siebie, Boga i świata. Mówił między innymi o tym Dawid R, Hawkins:

"Aby zmienić swoje ciało, należy zmienić myśli i uczucia. Trzeba odpuścić negatywne myśli i przekonania i zrzucić z siebie stres, który je napędza. Należy unieważnić negatywne programowanie, które jest nam „wciskane” przez świat oraz własne przekonania."

Doszłam do wniosku, że praca nad podnoszeniem poziomu świadomości i energii, zmiana percepcji siebie i otaczającego świata przyniosą mi więcej korzyści. I generalnie tak jest. Świadome życie,  zrozumienie prawa przyciągania, roli myśli, słów i emocji wpłynęły bardzo na jakość mojego życia. Ale przyszło kolejne „przebudzenie” i zdałam sobie sprawę z tego, że zdrowy Duch i zdrowe ciało są wzajemnie od siebie zależne i obydwa aspekty potrzebują podobnej troski.

Duch i Ciało

Zdrowe i silne ciało jest nam potrzebne, aby wzmocnić poczucie bezpieczeństwa i stabilności, móc działać i radzić sobie z trudnościami, realizować własne marzenia i cele. Jest jak naczynie, w którym może rozwijać się Duch.

Zdrowy i silny Duch stanowi źródło mocy, siłę napędową, które są ciału niezbędne. Dostarcza mu energii do działania i tworzenia, zasila w życiodajne soki, zapewniające blask i światło naszej sylwetce i osobowości. Bez niego ciało staje się „martwym” zlepkiem tkanek.

W moim odczuciu dobrostan wymaga zarówno troski o Ducha, jak i ciało. Działań nakierowanych na wzrost poziomu świadomości, pracę z emocjami i przekonaniami, medytacje i bycie zanurzonym w  tu i teraz, ale też optymalną aktywność fizyczną, zdrową dietę dopasowaną do każdej z nas indywidualnie i coś co da nam radość, poczucie wolności i upust kreatywność. Jak pisze Clarissa Pinkola Estes:

"Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością."

To jest moja osobista wizja i doświadczenie.  A jaka jest Twoja - „w zdrowym ciele zdrowy duch” czy „w zdrowym duchu zdrowe ciało”? A może jeszcze inna…?